Bartłomiej Pawlak
Ta góra ma w sobie coś takiego, co sprawia, że raz na jakiś czas czuję przemożną chęć, by ponownie rowerem wspiąć się na jej szczyt. Przehyba (1175 m.n.p.m.) w Beskidzie Sądeckim, w paśmie Radziejowej, bo to o nią właśnie chodzi. Na wierzchołek prowadzi kilka szlaków o różnym stopniu trudności. Najdogodniejszy podjazd wiedzie asfaltową drogą z Gołkowic, aż pod samo schronisko. Najdogodniejszy, ale to wcale nie znaczy łatwy, bo do pokonania jest 12,5 km oraz 800 m w pionie, natomiast asfaltowa nawierzchnia umożliwia wjazd nawet rowerem szosowym. Amatorzy enduro również znajdą szlaki dla siebie. Dotrzeć na szczyt można z Doliny Popradu, od Starego Sącza, bądź Rytra, lub z pienińskiej strony, ze Szczawnicy. Zatem nic dziwnego, że w słoneczny, letni dzień pod schroniskiem na Przehybie można spotkać całkiem spory tłumek rowerzystów różnej maści. Wysiłek po podjeździe i ból w nogach rekompensują z nawiązką wprawiające w zachwyt widoki roztaczające się z tarasu. Kawa i szarlotka w takiej scenerii smakują jak nigdzie indziej.
Poprzednie wizyty na Przehybie zaczynałem w Beskidzie Wyspowym, a kończyłem w Szczawnicy (relacja tutaj), ale tym razem plan był taki, by wjechać na szczyt od strony Starego Sącza, zjechać do Szczawnicy, a następnie domknąć pętlę trasą VeloDunajec przez Krościenko i Łącko. W teorii brzmi prosto, ale w efekcie wyszło 80 km oraz 1400 m przewyższenia, czyli całkiem grubo jak na turystyczną trasę.
O 6:30 startuję z Krakowa, by po dwóch godzinach jazdy zameldować się w Starym Sączu. Parkuję przy Trakcie Św. Kingi, jako że mieści się tam spory i bezpłatny parking. Tuż obok znajduje się stacja kolejowa, więc dla niezmotoryzowanych to dobra opcja dotarcia z rowerem w Beskid Sądecki. Szybkie śniadanie w plenerze, wypakowanie maneli i punkt 9:00 ruszam w drogę.
Zaczynam od wizyty w miejscu, gdzie 16 czerwca 1999 roku papież Jan Paweł II odprawił mszę kanonizacyjną św. Kingi. Drewniany, dwukondygnacyjny ołtarz pozostał jako pamiątka tamtego wydarzenia. Stanowi on również bardzo dobry punkt widokowy na otaczające góry. Z poziomu ołtarza, gdzie można się dostać schodami, roztacza się fenomenalna panorama – po lewej można wypatrzeć platformę widokową „ślimak” w Woli Kroguleckiej, na wprost pasmo Radziejowej, aż po masyw Przehyby po prawej.
Będąc w Starym Sączu, nie można nie zaglądnąć choć na chwilę do klasztoru ss. Klarysek. Przepiękne założenie klasztorne, otoczone kamiennym murem, z barokowym kościołem, licznymi nawiązaniami do odsieczy wiedeńskiej i króla Jana III Sobieskiego.
W bocznej kaplicy, za ręcznie kutą kratą klauzorową, znajduje się ołtarz z doczesnymi szczątkami św. Kingi, złożonymi w srebrnej trumience.
Warto zwrócić uwagę na bogato zdobioną ambonę z 1671 roku, z biblijnym motywem Drzewa Jessego. Krzew winny, który wyrasta z patriarchy Jessego, oplata przeszło 7,5 m wysokości ambonę, a w kiściach winnych gron umieszczono 12 figur przedstawiających królów z pokolenia dawidowego. I jeszcze jedna ciekawostka: figura Mojżesza jest nietypowa, ponieważ z czoła proroka wyrastają rogi – dlaczego? Poszukajcie w internecie.
Starosądecki rynek ma kształt kwadratu, otoczonego przez niewysokie kamieniczki. Jego nawierzchnia jest brukowana otoczakami z Dunajca, które niestety nie są szczególnie wygodne do spacerowania. Po północnej stronie rynku rosną dorodne, rozłożyste lipy, kryjące w swym cieniu zabytkową studnię.
Wspomniane powyżej miejsca miałem okazję już wcześniej zwiedzić, więc nie poświęcam im tym razem zbyt dużo czasu, ponieważ sporo drogi przede mną, a chciałem jeszcze zobaczyć oddane do użytku w 2021 roku na Miejskiej Górze „Leśne Molo”. Jest to ścieżka dydaktyczna wiodąca przez las, ze znajdującymi się przy niej siedmioma szklanymi kulami, we wnętrzu których można obejrzeć instalacje obrazujące cykl życia kumaka górskiego.
Na końcu ścieżki znajduje się 200-metrowa kładka poprowadzona pośród koron drzew, zakończona platformą widokową z panoramą górskich szczytów Beskidu Sądeckiego oraz Niskiego. Zanim jednak dotrzemy na platformę, po drodze napotykamy liczne miejsca do obserwacji i kontemplacji przyrody oraz instalacje, które pozwalają sprawdzić własną odwagę.
Stwierdziłem, że nie ma sensu wracać do centrum Starego Sącza i przez Gołkowice rozpoczynać podjazdu na Przehybę. W zamian za to zdecydowałem, że pojadę przez Moszczenicę i już w Skrudzinie wepnę się na tę właśnie trasę. Założenie było ze wszech miar prawidłowe, ale jakoś umknął mi fakt, że OK, w kilometrach będzie to samo, ale dzięki licznym podjazdom i zjazdom dołożę ekstra 300 m przewyższenia. Nic to, dla napotkanych po drodze widoków zdecydowanie było warto.
Ostatecznie, kończąc szybkim zjazdem wąską drogą pomiędzy zabudowaniami, docieram do drogi prowadzącej od Gołkowic i teraz, dobrze znanym podjazdem, zaczynam właściwą wspinaczkę na wierzchołek. Początek jest w miarę łagodny, taka rozbiegówka rzędu kilku procent nachylenia, więc udaje mi się zachować rozsądne tempo, a kolejne metry asfaltu raźnie przesuwają się pod kołami. W Gaboniu robię taktyczną przerwę dla uzupełnienia energii i płynów, bo mam dobrze w pamięci, że za chwilę zacznie się mozolne kręcenie aż pod samo schronisko. Miejsce na postój jest kultowe, bo to typowy wiejski przystanek PKS o drewnianej konstrukcji i dwuspadowym dachu, do tego w bardzo dobrym stanie.
Po przerwie, jeszcze kilkaset metrów droga utrzymuje umiarkowane nachylenie, ale kiedy docieram do leśniczówki w Gaboniu, wiem, że żarty się skończyły. Po prawej stronie mijam zabudowania Nadleśnictwa, a po lewej parking z obszerną wiatą turystyczną. Na słupie z oznaczeniami szlaków znajduje się tabliczka o takiej treści: „Tu kończy się zasięg… I zaczyna przygoda!”, tak że nie zostało mi nic innego, jak zakrzyknąć: „Przygodo, witaj!”
Tuż powyżej leśniczówki w Gaboniu znajduje się obelisk poświęcony Janowi Bielakowi, długoletniemu kierownikowi schroniska na Przehybie. Zginął on w tym miejscu 17 grudnia 1994 roku, kiedy zjeżdżając skuterem śnieżnym do Starego Sącza, uderzył w zamknięty szlaban. Dokładnie trzy lata wcześniej, 17 grudnia 1991 roku, schronisko zniszczył pożar, ale dzięki staraniom i determinacji jego kierownika udało się je odbudować. Niestety, ta druga historia nie miała happy endu. Kierownictwo schroniska po mężu przejęła jego żona, ale i ten okres dobiegł końca dwa lata temu. Po blisko 50 latach gospodarowania przez rodzinę Bielaków w schronisku na Przehybie, ktoś inny przejął zarząd nad obiektem.
Mniej więcej od tego miejsca droga zaczyna piąć się ostro w górę, by odpuścić po około 6 km, tuż przed szczytem. Stałe nachylenie oscyluje w okolicach 10%, miejscami dochodząc nawet do 13-14%. Nie pozostaje nic innego, jak mozolnie kręcić korbami, pozostawiając za sobą kolejne metry podjazdu.
Czekam na miejsce, gdzie droga robi nawrotkę o 180 stopni, ale wydaje się ona drwić ze mnie, gdyż, co już jestem pewien, że to za najbliższym zakrętem droga ostro skręci w prawo, okazuje się po dotarciu w to miejsce tylko lekkim łukiem. W końcu jest serpentyna w prawo, potem długa prosta i kolejna zawijka, tym razem w lewo. Robię w tym miejscu krótki postój na batonika i odpoczynek dla nóg. Nie ma lekko, a do końca jeszcze trochę zostało.
Kolejny przystanek robię przy głazie skrytym pośród drzew, zwanym Krzesłem św. Kingi, z racji jego specyficznego kształtu. Tuż obok znajduje się polowy ołtarz, wiata turystyczna oraz obelisk poświęcony pamięci partyzantów antykomunistycznego podziemia niepodległościowego oddziałów „Grot” oraz „Zemsta”.
Do pokonania zostaje ostatni odcinek pod górę, a gdy droga się wypłaszcza i z asfaltu przechodzi w szuter, to niechybny znak, że za chwilę zza drzew wyłoni się charakterystyczny budynek schroniska im. Kazimierza Sosnowskiego, znajdujący się na wysokości 1138 m n.p.m. Przehyba liczy sobie 1175 m n.p.m., ale schronisko nie zostało wybudowane na samym szczycie, lecz poniżej.
Pierwszy budynek został wybudowany w latach 1936-37, ale niestety nie przetrwał wojny – został spalony przez Niemców w 1944 roku. Po wojnie, w 1958 roku, do użytku zostało oddane kolejne schronisko. W 1991 roku kolejny pożar trawi budynek, ale udaje się go odbudować i służy ono turystom po dziś dzień.
Surowa, kamienna bryła budynku nakrytego zielonkawym, blaszanym dachem, jakże inaczej prezentuje się wewnątrz. Białe ściany i duża ilość drewna przełamują chłód i surowość kamiennych murów. Z jadalni oraz z zewnętrznego tarasu skierowanego na południe roztacza się cudny widok na Pieniny i Tatry. Po lewej stronie schroniska ulokowany jest kolejny, nowszy taras z leżakami, gdzie, podziwiając górskie panoramy, można też zregenerować siły po męczącym podjeździe.
Po odpoczynku na tarasie schroniska nadszedł czas na zjazd z Przehyby do Szczawnicy. Początkowo w dół, by następnie zaliczyć krótki podjeździk przed szczytem Czeremchy. Droga na tym odcinku była mocno niejednorodna, począwszy od gruntowej, przez kamienistą, ale zwartą, po luźny kamień uniemożliwiający jazdę.
Po okolicy niesie się dźwięk pił spalinowych, a i przy naszej ścieżce widać ślady działalności drwali. Widoki są za to zacne. Przede mną pienińsko-tatrzański pejzaż, a za mną Przehyba i boczne, zalesione grzbiety odchodzące od szczytu. Biało-czerwona konstrukcja przekaźnika kontrastuje z zielenią lasów, za to zielonkawy dach schroniska wtapia się w otoczenie.
Przed Czeremchą droga odbija w prawo, kamienistym wąwozem. Dalej jest lepiej, ale zrywka drewna spowodowała miejscami mocną degradację drogi. Dodatkowo tegoroczne lato z okresami suszy, a następnie intensywnymi opadami deszczu, wymyły drobniejszą frakcję z drogi i sporo jest luźnego żwiru. Są również odcinki z kamiennym rumoszem, gdzie można zapomnieć o jeździe. Liczyłem na przyjemny zjazd z Przehyby, taki, jaki zapamiętałem z pierwszej wycieczki, ale okazało się, że nie dało się puścić hamulców i lecieć w dół leśną stokówką. Zamiast tego trzeba było się pilnować, żeby nie zaliczyć fikołka z lądowaniem w krzakach lub przydrożnym rowie.
Tak oto docieram do Sewerynówki, gdzie na rozstaju dróg znajduje się niewielka kaplica. Ma ona drewnianą konstrukcję posadowioną na podmurówce z kamienia, kamienne są również prowadzące do niej schody, a całość nakryta jest szarym, blaszanym dachem.
Stąd zaczyna się już asfaltowa droga. Kierując się do Szczawnicy, dobrze jest zachować czujność, bo po lewej stronie znajduje się Wodospad Zaskalnik, przy którym warto się zatrzymać na chwilę.
Do Szczawnicy wjeżdżam od strony Jaworek i Szlachtowej, drogą pomiędzy zabudowaniami gęsto upakowanymi po obu jej stronach. Na pewnym odcinku ruch rowerowy przerzucony jest na prawy brzeg Grajcarka.
Po dotarciu do centrum warto rozważyć odbicie w prawo do odnowionego centrum uzdrowiska, w którym wokół centralnego placu z fontanną znajdują się prawdziwe perełki zabudowy, takie jak pijalnia zdrojowa, kawiarnia Helenka czy restauracja Zdrojowa.
Powyżej kawiarni ulokowany jest Park Górny z modernistycznym budynkiem inhalatorium, a poniżej, w drewnianych altanach, znajdują się ujęcia wód leczniczych – Zdrój Magdalena oraz Zdrój Waleryi.
Skoro w Szczawnicy jest Park Górny, to znajduje się tam także Park Dolny, do którego również warto zajrzeć. Jakiś czas temu został on zrewitalizowany i sprawia bardzo dobre wrażenie. Jest widny, przestronny, z licznymi starymi drzewami, odnowioną altaną oraz stawem z pływającymi w nim rybami.
Na tym kończę zwiedzanie Szczawnicy i kieruję się w stronę położonego 5 km dalej Krościenka. Obie miejscowości łączy droga dla rowerów, ale akurat w trakcie mojego wyjazdu trwały prace związane z przebudową układu drogowo-pieszo-rowerowego, co wiązało się ze sporymi utrudnieniami w poruszaniu się, zwłaszcza w szczycie sezonu turystycznego.
Przejeżdżam na drugi brzeg wybudowanym w ubiegłym roku Zerwanym Mostem – stylizowaną na porwaną przez powódź w 1934 roku przeprawą o tej samej nazwie. Utrzymano charakterystyczne elementy dawnego mostu, jak drewniane kratownice czy zadaszenie, ale wykonano je w nowoczesnej formie. Jest to kolejna atrakcja Krościenka, dodatkowo zapewniająca dojazd do położonego w centrum zadbanego ryneczku, kościoła p.w. Wszystkich Świętych oraz starej studni.
Jest już wczesne popołudnie, a ja jestem w połowie trasy, patrząc przez pryzmat dystansu, bo jeśli chodzi o wysiłek i trudność, to mam to już w całości za sobą. Teraz pozostaje mi dokręcić pozostałe 40 km do miejsca startu, korzystając z trasy rowerowej VeloDunajec, która na odcinku z Krościenka do Starego Sącza od dwóch lat utrzymuje już ciągłość przebiegu.
Prowadzi ona wydzielonymi ścieżkami dla rowerów lub bocznymi drogami z niewielkim ruchem samochodów. Jadąc w kierunku, w jakim ja podążam, wyczuwalna jest spadkowa tendencja nachylenia trasy, ponieważ poruszamy się zgodnie z biegiem Dunajca, a jest to górska rzeka. Trasa wiedzie raz prawym, raz lewym brzegiem; zmiana stron jest możliwa dzięki lokalnym mostom lub dedykowanym wyłącznie rowerzystom kładkom rowerowym.
Ten odcinek jest wyjątkowo malowniczy, gdyż poruszamy się w bezpośredniej bliskości rzeki, doliną, w którą pomiędzy otaczające góry mocno wciął się Dunajec. Z prawej strony mamy Beskid Sądecki z masywem Przehyby, po lewej zaś Gorce, a od Zabrzeża – Beskid Wyspowy. Po opuszczeniu Krościenka mijamy Kłodne, Tylmanową, Wietrznice, Zabrzeż, Łącko, Jazowsko, Kadczę, by przez Gołkowice Górne domknąć pętlę w Starym Sączu.
Na odcinku od Krościenka do Zabrzeża otoczenie ma zdecydowanie górski charakter – zalesione zbocza okolicznych szczytów bez mała schodzą aż po Dunajec, przez co dno doliny jest relatywnie wąskie, z miejscowościami rozlokowanymi wzdłuż rzeki i równolegle do niej poprowadzonych dróg.
Dalsza część trasy przez Łącko i Jazowsko jest natomiast bardziej przestronna: dno doliny jest szersze, a lasy ustępują miejsca łąkom i sadom na zboczach. Łącko i okolice obfitują w owocowe sady, które mijamy bezpośrednio, tuż przy ścieżce, bądź widzimy w niewielkim oddaleniu na zboczach.
W Zarzeczu, pomiędzy Zabrzeżem a Łąckiem, znajduje się Tłocznia Maurer, produkująca owocowe soki w kilkudziesięciu smakach i rodzajach. Tuż przy ogrodzeniu posesji, na której znajduje się zakład, stoi „sokomat”, gdzie po uiszczeniu odpowiedniej kwoty automat vendingowy wydaje nam szklaną butelkę pysznego, owocowego soku. Niektóre smaki są mocno niecodzienne, jak np. sok z rokitnika, pokrzywy, czy soki kiszone. Sam pakuję do plecaka kilka butelek dla domowników, nie bacząc na większy ciężar plecaka.
Po minięciu Łącka, a przed Jazowskiem, trzeba się liczyć z jedynym na trasie solidniejszym podjazdem, gdyż warunki terenowe nie pozwalały inaczej poprowadzić trasy. Lokalną drogą, pomiędzy zabudowaniami, wcinamy się w górskie zbocze, by następnie szybkim zjazdem stracić zarobioną wysokość.
Na koniec, po minięciu Gołkowic, dokręcając ostatnie pięć kilometrów na sporym zmęczeniu, myśląc już o pakowaniu sprzętu i drodze powrotnej, nagle droga wykonała skręt w prawo, potem w lewo, i przed oczami ukazał mi się fantastyczny widok na całą Przehybę w poświacie zachodzącego słońca. Widok tak zaskakujący i olśniewający, że całe zmęczenie dnia opadło ze mnie, a ja, jak urzeczony, wpatrywałem się w górę, którą zdobywałem przez południem. To było takie mocno symboliczne domknięcie całej wycieczki – góra w nagrodę za poniesiony trud ukazała mi się w całej swej okazałości, a ja niejako pochyliłem głowę przed jej majestatem.
Gdy już napatrzyłem się do woli i utrwaliłem w pamięci cudny widok, przez starosądecki rynek i wzdłuż Klasztoru Klarysek dotarłem do auta. Na zakończenie jeszcze jeden bonus: złota poświata słońca, kryjącego się za nieboskłonem, niesamowicie podświetliła kamienice otaczające Rynek oraz klasztorny mur wraz z zabudowaniami.
Wycieczka, jakkolwiek fantastyczna, urozmaicona i malownicza, to jednak jest mocno wymagająca. Może nie pod kątem technicznym, gdyż nie napotkamy na wielkie trudności terenowe, ale pod względem kondycyjnym i wytrzymałościowym na pewno. Wykręcenie całej pętli zajęło mi równo 10 godzin, a bilans wycieczki zamknął się w przeszło 80 kilometrach i 1400 metrach przewyższenia. Osobom, które mają odpowiednie warunki fizyczne do pokonywania takich tras, polecam ją z całego serca i z pełnym przekonaniem. Tym, którzy mają nieco mniej sił i możliwości, podpowiadam, że może nie ma jej co skreślać z listy, ale warto podzielić na etapy lub lekko zmodyfikować trasę.
PODSUMOWANIE
MAPA
GPX – POBIERZ I ROZPAKUJ
FILM
Może Cię również zainteresować:
☕ WSPÓLNA KAWA ☕
Cieszymy się, że przeczytałaś/eś nasz tekst do samego końca. Jeśli Ci się podobało i stwierdzisz, że warto postawić nam kawę, to będzie nam niezmiernie miło:



