Skip to content
Menu
Wiatr w Szprychach
  • Strona główna
  • Relacje
  • Rozmowy
  • Różne Różności
  • Kontakt
Wiatr w Szprychach

PIENINY – REZERWAT „BIAŁA WODA” I SCHRONISKO POD DURBASZKĄ

Opublikowano 26 lutego 202626 lutego 2026

Bartłomiej Pawlak

Zaczęło się zupełnie nierowerowo, bo od pieszej wycieczki w Pieniny i w dodatku nie jako jej organizator, a uczestnik. Wyruszyliśmy z Jaworek przez Wąwóz Homole na Wysoką, potem przez Durbaszkę z przerwą w schronisku, do Szlachtowej. Nie byłem w tych okolicach dobre 25 lat, więc chłonąłem wzrokiem wszystkie te widoki, jak gdybym chciał nadrobić stracony czas. Rozglądając się dookoła, przypominając sobie nazwy otaczających mnie górskich wierzchołków, już wiedziałem, jaki będzie obowiązkowy punkt tego sezonu – wrócić tu z rowerem. Wiadomo, na Wysoką nie wjadę, przez Homole też się nie da, ale od Durbaszki w kierunku Palenicy rozciąga się szeroki, płaski grzbiet idealny pod rower.

Plany planami, ale na ich realizację przyszło mi długo poczekać. Marzyło mi się, żeby zawitać w Pieniny wczesną jesienią, pod koniec września, kiedy słoneczko przyjemnie grzeje, a dzień jest jeszcze w miarę długi. Niestety, zgranie własnych spraw z pogodą sprawiło, że wyjazd przesuwał się z tygodnia na tydzień. Takim deadline’em była ostatnia sobota października, żeby zdążyć przed zmianą czasu na zimowy, a poza tym kolejny weekend w kalendarzu to już Wszystkich Świętych. Po raz kolejny okazało się jednak, że to pogoda rozdaje karty… Nie było wyjścia, trzeba było podjąć ryzyko. Wziąłem dzień urlopu, namówiłem jeszcze Jacka na wspólną eskapadę i w piątek, 31 października, wyruszyliśmy autem, z rowerami na bagażniku, w Pieniny.

Jako że końcem października dzień jest już krótki, a w dodatku zmiana czasu skróciła go jeszcze o godzinę, nie zważając na niewyspanie, o 7:00 mijaliśmy rogatki Krakowa. Termometr wskazywał -2ºC i o pomyłce nie mogło być mowy, bo wszystko pokrywał siwy szron. Po dojechaniu na Mogilany było jasne, że trafiliśmy z warunkami pogodowymi i widocznością w dziesiątkę. Już z takiej odległości Tatry, Beskid Wyspowy oraz Babia Góra były widoczne z niesamowitą wyrazistością. Potwierdziły to widoki z MOP Zbójecka Góra, a zjazd z Rdzawki i Klikuszowej do Nowego Targu to była prawdziwa uczta dla oczu. Kotlina Nowotarska z zalegającą na jej dnie delikatną mgiełką i ostre, pobielone szczyty Tatr na drugim planie – zostało tylko mieć nadzieję, że takie warunki utrzymają się przez resztę dnia.

KROŚCIENKO NAD DUNAJCEM

Do Krościenka dotarliśmy przed 9:00, gdyż tak byliśmy umówieni w wypożyczalni rowerów na odbiór elektryka dla Jacka. Ja zdecydowałem się na jazdę swoim Marinem, czego, jak się później okazało, trochę żałowałem. Punktualnie o 9:00 wyruszyliśmy do centrum Krościenka. Temperatura ciągle utrzymywała się poniżej zera i chłodne powietrze szczypało w policzki, ale za to bezchmurne niebo i świecące słońce dawały nadzieję na rychłe ocieplenie.

Po krótkiej przerwie na Rynku w Krościenku ruszyliśmy dalej w stronę Łącka, by po około kilometrze kładką rowerową nad Dunajcem przejechać na jego prawy brzeg i już zgodnie z właściwym kierunkiem zmierzać w stronę Szczawnicy. Między Krościenkiem a Szczawnicą trwały jeszcze prace przy jezdni i ścieżce, ale trochę lawirując między autami, udało się nam utrzymać ciągłość jazdy.

Nie wjeżdżaliśmy do centrum Szczawnicy, w zamian za to skorzystaliśmy ze ścieżki rowerowej wzdłuż potoku Grajcarek aż pod samą dolną stację kolei linowej na Palenicę. Ścieżka lata świetności dawno ma już za sobą, ale kto by sobie tym głowę zawracał, kiedy przed nami zapowiadał się dzień pełen rowerowych atrakcji.

SZLACHTOWA

Po ominięciu centrum Szczawnicy skończyła się rowerowa ścieżka i trzeba było kontynuować jazdę w ruchu ogólnym, drogą w kierunku Jaworek. Ruch był spory, ale kierowcy, najwyraźniej przyzwyczajeni do rowerzystów, nie prezentowali zniecierpliwienia i agresji, mijając nas w przepisowej odległości. W Szlachtowej odbiliśmy w lewo, by po kilkuset metrach i lekkiej wspinaczce stanąć u stóp pięknej, dawniej grekokatolickiej cerkwi (obecnie kościoła katolickiego) pod wezwaniem Matki Boskiej Pokrownej. Budowa cerkwi przypadła na lata 1895–1909. Została ona wzniesiona na planie krzyża greckiego, z trzema kopułami nakrytymi blachą. Biel ścian pięknie współgra z kamiennymi narożnikami świątyni. Nad wejściem głównym w tynku wyryty jest cyrylicą napis „Chwała na wysokości Bogu”, a we wnętrzu dawnej cerkwi można podziwiać zachowany, kompletny ikonostas, co było nam dane zobaczyć, gdyż drzwi wejściowe były otwarte.

Przy cerkwi zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniową z widokiem na grzbiet, którym będziemy wracać w drugiej połowie dnia. Jacek patrzył na mnie z lekkim niedowierzaniem, ale później był zmuszony przyznać, że nie żartowałem. Mając przed sobą taką panoramę, nawet zwykła bułka z serem smakuje jak najwykwintniejsze śniadanie w hotelu. Słońce ogrzało z lekka powietrze, ale wrażenie ciepła szybko minęło, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę i wjechaliśmy w strefę cienia.

JAWORKI

Po powrocie na główną drogę w stronę Jaworek mijamy najpierw drogę prowadzącą w stronę Schroniska Pod Durbaszą (którą później będziemy jechać), a następnie wejście do Wąwozu Homole. Jazda rowerem jest tam zabroniona, ale ze względu na wąską ścieżkę oraz strome schody jazda tam i tak nie miałaby większego sensu. Lepiej przy wiacie zostawić rowery i spokojnie, spacerkiem, przejść się w głąb wąwozu. Jako że czas nas trochę gonił, jedynie przeszliśmy kilkadziesiąt kroków wzdłuż strumienia płynącego dnem wąwozu.

Po opuszczeniu Homola mijamy centrum Jaworek, trochę później żałując, że nie zaglądnęliśmy do zabytkowego kościoła z końca XVII wieku, będącego pierwotnie grekokatolicką cerkwią, tak jak w Szlachtowej. Przez osiedle Biała Woda, będące częścią Jaworek, kierujemy się do rezerwatu o tej samej nazwie. Rezerwat „Biała Woda” został utworzony w 1963 roku na powierzchni blisko 28 ha. Jego zadaniem jest ochrona cennego krajobrazu przełomu potoku Biała Woda, drzewostanu bukowo-jodłowego, muraw naskalnych oraz wysokogórskich roślin. Początki osadnictwa na tych terenach sięgają czasów Bolesława Chrobrego, natomiast na przełomie XIV/XV wieku na te tereny nadciągnęły z Bałkanów plemiona wołosko-ruskie, zajmujące się pasterstwem oraz uprawą roli. Wieś Biała Woda zamieszkiwana była przez Łemków do 1947 roku, kiedy to w ramach Akcji Wisła zostali oni wysiedleni z obszaru Małych Pienin, Beskidu Niskiego i Bieszczadów.

REZERWAT BIAŁA WODA

Po wjechaniu na teren rezerwatu znajdujemy się w innym świecie. Kończy się zabudowa wsi, kończy się cywilizacja. Droga z asfaltowej zmienia się w szutrową, pojawiają się białe, poszarpane wapienne skały, słychać szum potoku, który w pewnym miejscu tworzy spore rozlewisko, spiętrzone tamą bobrów. Kawałek dalej napotykamy niewielki, ale uroczy wodospad; droga i potok, niczym spleciony warkocz, przenikają się wzajemnie.

W kilku miejscach potok można pokonać drewnianymi mostkami albo przez wodę, brodami z betonowych płyt. Dookoła pełno zieleni przyprószonej bielą szronu, gdyż słońca na dnie doliny jest jak na lekarstwo. Delektujemy się jazdą, nie przepuszczamy z Jackiem żadnej okazji, żeby pokonać potok brodem. Bawimy się przy tym jak dzieci, niekiedy kilkukrotnie pokonując bród tam i z powrotem.

Panuje tutaj niemal całkowita cisza; jesteśmy sami, mijając zaledwie kilku pieszych turystów. W końcu docieramy do bacówki, która o tej porze roku jest już zamknięta na głucho – redyk odbył się kilka tygodni wcześniej. W sezonie można zaopatrzyć się tu w oscypki, bundz i żentycę.

Trochę dalej znajduje się druga bacówka – to raptem 300 metrów, ale nachylenie ścieżki oscyluje w okolicach 25%. O jeździe można zapomnieć, a i „walk assist” w elektryku nie załatwia sprawy w stu procentach. Zmachani, ciężko dysząc, docieramy do górnej bacówki, skąd roztacza się taki widok, że wszystko inne staje się nieważne. Przysiadamy na drewnianej ławce i w milczeniu kontemplujemy górski pejzaż. Widać Trzy Korony w Pieninach, Lubań w Gorcach, łąki ułożone w kaskadowe tarasy, resztki kolorowych liści na drzewach, błękit nieba, jesienne, niskie słońce i ciszę… Ciszę przerywaną świstem wiatru i szumem koron drzew. Jedynie od czasu do czasu z oddali dobiega nas dźwięk pił drwali.

W planach mieliśmy dotarcie aż na Przełęcz Rozdziela, ale odpuściliśmy. Rozmiękłe podłoże, mokra trawa po porannym szronie i pchanie rowerów w takich warunkach zabiera sporo siły (o jeździe nie było mowy), a przecież przed nami było jeszcze sporo trasy i górek. Wracamy do dolnej bacówki, próbując utrzymać równowagę i jakąś taką trakcję na trawiastym zboczu. Udało się zjechać bez strat w ludziach i sprzęcie. Kontynuujemy jazdę drogą, którą tu przybyliśmy, z wolna zagłębiając się w las. Droga pnie się w górę, nachylenie wynosi koło 10%, ale nawet tego dość nie czuć, dopóki nie wjechaliśmy na teren robót leśnych. Na drodze pojawiło się sporo błota oblepiającego koła i starającego się nas unieruchomić, koleiny oraz drobne gałęzie próbujące wkręcić się między szprychy lub w przerzutkę.

Po dotarciu do punktu przełamania wykonaliśmy ostry zwrot w lewo, po czym rozpoczął się fantastyczny fragment trasy zboczem wzniesienia, składający się naprzemiennie ze zjazdów i podjazdów. Były fragmenty z lekkim błotem, to znowu z luźniejszymi kamieniami, ale też zdarzały się dywany ze złotych, bukowych liści. Ze skraju mijanej polany roztacza się niesamowita górska panorama z Wysoką i Durbaszką na pierwszym planie oraz ośnieżonymi szczytami Tatr w tle. Dajemy sobie czas na chwilę odpoczynku, podziwianie widoków i zdjęcia, po czym ruszamy w dalszą drogę w dół.

Wszystko jest super do momentu dotarcia do placu składowego drewna – dalej zaczyna się walka. Droga zmienia się w gliniastą breję, w której ciężko jest się poruszać; po chwili lądujemy w potoku, którym dalej wiedzie droga. Potok jest płytki, ale luźne kamienie na jego dnie sprawiają, że linia jazdy jest mocno losowa i trudno jest się ustrzec przed zamoczeniem butów. Ot taki przygodowy fragment trasy. Kiedy droga wychodzi na suchy ląd, szybko docieramy do zabudowań i zjeżdżamy do Jaworek.

SCHRONISKO POD DURBASZKĄ

Między Jaworkami a Szlachtową w lewo odchodzi droga prowadząca do Schroniska pod Durbaszką, które jest kolejnym punktem na naszej trasie. Trzy kilometry i trzysta metrów przewyższenia, co daje średnie nachylenie 10% – jest co jechać.

Jacek na elektryku bez większego wysiłku pokonuje cały podjazd, ja na analogu natomiast pół drogi jadę, drugie pół pcham rower pod górę. Zimowe ciuchy krępują ruchy, w nogach trochę czuję wcześniejsze podjazdy – w lecie zapewne podjechałbym większość trasy, ale teraz nie chce mi się szarpać z górą.

Nie mam ciśnienia, nie muszę nikomu niczego udowadniać, więc zmierzam w górę tak, jak mi wygodnie. Otwierają się kolejne okna widokowe na Gorce i Beskid Sądecki. Patrzę na masyw Przehyby, z którego dwa miesiące wcześniej zjeżdżałem do Szczawnicy.

Po dotarciu do schroniska, zgodnie z planem, robimy dłuższy postój na jedzenie i uzupełnienie płynów. Schroniskowa herbata z cytryną smakuje wybornie. Po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę na grzbiet rozciągający się powyżej schroniska, ciągnący się od Wysokiej, przez Durbaszkę, Wysoki Wierch, Szafranówkę, w stronę Palenicy. Od Durbaszki grzbiet jest trawiasty i szeroki, idealnie nadający się do jazdy, chociaż musieliśmy trochę uważać, by na mokrej trawie nie zaliczyć lotu przez kierownicę.

Widoki na obie strony – po prostu petarda: Tatry, Pieniny, Gorce i Beskid Sądecki w całej rozciągłości. Niestety przejrzystość powietrza zmalała, do tego, patrząc na Tatry, mieliśmy je pod słońce, więc nie było takiego „łał” jak rano, ale i tak grzechem byłoby marudzić na takie landszafty. Staliśmy w miejscu, które rano podziwialiśmy odpoczywając przy cerkwi w Szlachtowej – teraz z góry spoglądaliśmy na cerkiew.

Po minięciu bacówki pod Wysokim Wierchem trzeba było podjąć decyzję, jak jechać dalej. Z wiosennej wycieczki pamiętałem widokowe zejście żółtym szlakiem wprost do Szlachtowej, więc stwierdziłem, że nie będziemy powtarzać trasy, lecz przez Cyrhlę, Przełęcz Klimontowską i zboczem Jarmuty zjedziemy do Szczawnicy. Niestety, nie był to najlepszy wybór o tej porze roku. Gliniaste koleiny po kołach ciągników, rozjeżdżona przy zrywce drewna leśna droga zamieniona w błotnistą breję, kamienisty zjazd pośród spływającej wody – „atrakcji” było co niemiara.

W pewnym momencie mój rower stanął, gdyż przestrzeń między oponami a błotnikami szczelnie wypełniła się błotem, unieruchamiając oba koła. Golenie amortyzatora oblepione gliniastą mazią, przerzutka jak wielka błotnista narośl. Po prostu dramat. Ostatecznie jakoś dotarliśmy na sam dół, kończąc zjazd myciem rowerów w lodowatej wodzie potoku, by móc dalej kontynuować jazdę.

Do Szczawnicy zjeżdżamy już główną drogą, bez przygód. Jako że z jazdą od Schroniska Pod Durbaszą zeszło nam sporo dłużej niż zakładaliśmy, podjęliśmy decyzję o skróceniu trasy. W planie był jeszcze szybki wyskok na słowacką stronę, do Leśnicy, zjazd do Czerwonego Klasztoru i powrót Drogą Pienińską, Przełomem Dunajca. Niestety, wiązałoby się to z powrotem dobrą godzinę po zmierzchu, co w zasadzie traciło sens, gdyż malowniczy odcinek wzdłuż Dunajca musielibyśmy pokonać w świetle latarek, bez żadnych widoków. W zamian za to zdecydowaliśmy się podjechać do centrum szczawnickiego uzdrowiska, na Plac Dietla, wokół którego ulokowane są zabytkowe budynki. Niestety, Pijalnia Wód Zdrojowych była już zamknięta, zatem nie mieliśmy okazji spróbować którejś z leczniczych wód: Helena, Jan, Stefan, Józefina bądź Józef.

SZCZAWNICA

W Parku Dolnym postanowiliśmy zrobić jeszcze krótką przerwę obiadową, podgrzewając na kuchence gazowej fasolkę po bretońsku z JemyJemy. Po całodziennym wysiłku, w chłodzie, który znowu zaczął nadciągać wraz z zachodzącym słońcem, pożywna i gorąca zupa jawiła się niczym manna z nieba. Przyjemnym ciepłem rozlała się po całym ciele, dodając sił do pokonania ostatniego odcinka ze Szczawnicy do Krościenka.

Zmierzch zapadał nieubłaganie, w związku z czym samą końcówkę trasy pokonaliśmy po ciemku, oświetlając sobie drogę lampkami. Zerwanym Mostem przejechaliśmy na lewy brzeg Dunajca i wkrótce potem dotarliśmy do wypożyczalni, aby oddać Jackowego elektryka. Dzięki uprzejmości właściciela nie musieliśmy myć roweru, co nas niezwykle ucieszyło i za co byliśmy wdzięczni, gdyż temperatura spadła już w pobliże zera.

Tak oto zakończyliśmy naszą wycieczkę. Było intensywnie, ze sporym przewyższeniem, w różnych warunkach terenowych, ale za to z jakimi widokami! Dla przeżycia takich chwil wszelkie niedogodności nie mają znaczenia. Liczą się emocje, piękne momenty, wspólna pasja, radość z jazdy oraz kontakt z naturą. Trasa oczywiście nie jest dla wszystkich – wymaga odpowiedniego roweru, kondycji, siły, wytrwałości i gotowości do nieprzewidzianych komplikacji na trasie. Wybierając się z rowerami w góry w ostatnim dniu października, liczyliśmy się z możliwymi utrudnieniami oraz ewentualnością skrócenia trasy. Jak widać, przygody i zmiany trasy miały miejsce, ale szczęśliwie udało się zrealizować całkiem ambitną pętlę. W okresie letnim z pewnością można by było z mniejszym wysiłkiem zrealizować dłuższą trasę, ale czy wspomnienia byłyby równie piękne? Kto to wie…

PODSUMOWANIE

MAPA

GPX – POBIERZ I ROZPAKUJ

Pieniny Biała WodaPobierz

Może Cię również zainteresować:

Zbójnicki Skok – Przełom Dunajca na Rowerze
PODHALE, SPISZ I PIENINY
PRZEHYBA, CZYLI BESKID SĄDECKI Z PIENINAMI W TLE

☕ WSPÓLNA KAWA ☕

Cieszymy się, że przeczytałaś/eś nasz tekst do samego końca. Jeśli Ci się podobało i stwierdzisz, że warto postawić nam kawę, to będzie nam niezmiernie miło:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ostatnie wpisy

  • PIENINY – REZERWAT „BIAŁA WODA” I SCHRONISKO POD DURBASZKĄ
  • GDY NIE MOŻNA SIĘ ZDECYDOWAĆ – PODKRAKOWSKI MISZ-MASZ
  • ROK 2025 W PIGUŁCE

Kontakt

Cześć,

Jeśli jesteś zapaloną rowerzystką/ rowerzystą, lubisz pisać lub robisz piękne zdjęcia, jeśli w jakikolwiek inny sposób tak jak i my pasjonujesz się rowerami NAPISZ DO NAS. Z chęcią opublikujemy twój artykuł, zdjęcia, zrobimy z tobą wywiad lub pojedziemy razem na wycieczkę.

Nasz mail to: wiatrwszprychach@gmail.com

©2026 Wiatr w Szprychach | Powered by SuperbThemes