Bartłomiej Pawlak
Tytuł specjalnie trochę przewrotny, bo przecież równie dobre jak popołudnie, będzie również przedpołudnie, a czy akurat w niedzielę, czy w inny dzień tygodnia, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Ważne, żeby znalazło się kilka godzin wolnego do zagospodarowania.
W moim przypadku zmiana niedzielnych planów sprawiła, że zostałem z wolnym popołudniem. Szybki pomysł, szybka decyzja i w drogę. Wczesna jesień, przełom września i października, więc dzień jest jeszcze w miarę długi, ale zaczynając wycieczkę o 15:00, zapewne wracać przyjdzie mi w zapadającym zmierzchu. Nie zawsze jest cały dzień do dyspozycji, więc lepiej wyskoczyć nawet na krótki trip pod Kraków, niż siedzieć w domu.
Wyruszam punkt 15:00 spod klasztoru ss. Norbertanek na krakowskim Salwatorze, kierując się wzdłuż rzeki Rudawy, a następnie koło Błoń w stronę Miasteczka Studenckiego. Przemykam bokiem, między Studium WF, a akademikiem Akropol i dalej w stronę osiedla Widok.
Za budynkiem Straży Pożarnej na ul. Zarzecze skręcam w lewo w Młynówkę Królewską, najdłuższy (8 km) park w Polsce. Po minięciu Wodociągów na Filtrowej, zaczyna się mój ulubiony fragment Młynówki. Szutrowa droga wiedzie pośród pól i terenów leśnych, aż po same Mydlniki. Za stawami rybnymi odbijam w prawo z głównej drogi i przez Szczyglice docieram do DW774, wzdłuż której kilka lat temu powstała rowerowa ścieżka, bez mała od Lotniska Balice po Zabierzów.
Tym razem jednak Zabierzowa nie ma na mojej marszrucie, gdyż jeszcze przed Skałą Kmity zjeżdżam ze ścieżki rowerowej, zagłębiając się w Dolinę Grzybowską. To cicha i spokojna dolina, idealna na rodzinne spacery. Z początku asfaltowa droga wiedzie dnem doliny prawie po płaskim, z czasem lekko wznosząc się ku górze, by na ostatnim odcinku przejść w stromy podjazd. Pod koniec, po lewej odchodzi ścieżka pod wapienne skałki – warto podejść i obejrzeć je z bliska. Da się to zrobić nawet z rowerem.
Po wyjechaniu z Doliny Grzybowskiej, można chwilę odpocząć na ławce, przestudiować tabliczki szlakowe oraz mapę okolic. Asfaltowa droga wyprowadziłaby nas wprost na radar „zapałka”, ale odbijam wcześniej w odchodzącą w lewo szutrową leśną drogę, wkraczają w Lasy Zabierzowskie. Na pierwszym skrzyżowaniu skręcam w prawo, na kolejnym w lewo i tak komfortową leśną drogą docieram aż do Kleszczowa.
Stąd zazwyczaj kierowałem się w lewo przez Dolinę Aleksandrowicką lub Burów do Balic. Tym razem postanowiłem kontynuować jazdę na zachód, jednym z grzbietów Garbu Tenczyńskiego. Po wyjechaniu za zabudowania otwierają się cudne okna widokowe w kierunku południowym, z rysującymi się na horyzoncie szczytami Beskidów, a przy dobrej przejrzystości powietrza również Tatr.
Nawierzchnia na tym odcinku również jest szutrowa, ale żwirek ma trochę większą granulację i trochę usuwa się spod kół. Przy grubszych oponach to bez znaczenia, ale na cieńszych trzeba trochę uważać. Towarzyszące mi widoki są niesamowite, ciężko od nich oderwać wzrok. Po około dwóch kilometrach jazdy szutrem, ponownie łapiemy pod kołami asfalt w Nielepicach, przy Parku im. Rotmistrza Witolda Pileckiego.
Przy planowaniu trasy wybrałem łącznik między Nielepicami, a Młynką, taką lokalną, boczną drogą. Miał być dogodny skrót, a wyszło, że jest to fest podjazd. Skoro był podjazd, to również musiał być i zjazd, kończący się przy pętli autobusowej w Młynce.
Zmierzając asfaltową drogą pośród lasów w stronę Frywałdu mijam nieczynny już Kamieniołom w Nielepicach. Po dotarciu do drogi łączącej Nawojową Górę z Frywałdem, skręcam w lewo, a po kolejnych 300 metrach wykonuję kolejny skręt również w lewo, w leśną, szutrową drogę prowadzącą przez Bukową Górę w stronę Brzoskwini.
Droga ma niewielkie nachylenie, równą nawierzchnię – myślę, że taka droga to marzenie każdego grawelowca. Pierwszy raz ten odcinek pokazał nam Wojtek, dobrych kilka lat temu – jechaliśmy wtedy początkiem listopada, w cudny, słoneczny, jesienny dzień, po dywanie ze złotych szeleszczących liści. Można by powiedzieć, że była to taka rowerowa miłość od pierwszego przejechania.
Wyjazd z lasu kończy się takim fajnym singielkiem, wyprowadzającym nas wprost na zabudowania Kamyka. Stąd kolejnym grzbietem Garbu Tenczyńskiego, wiedzie następna widokowa droga – tym razem panoramy rozciągają się zarówno na południe, w stronę gór, jak i na północ w kierunku skraju Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej pociętej wąwozami Dolinek Krakowskich.
Po zjechaniu do centrum Brzoskwini, robię krótka przerwę obiadową w wiacie turystycznej pośrodku ładnie urządzonego skweru. Wyciągam turystyczną kuchenkę, stawiam wodę na kawę i podgrzewam zupę. Słońce szybko zmierza ku horyzontowi, w końcu chowając się za okoliczne wzgórza, w efekcie czego bardzo szybko się ochładza. Ot, uroki jesiennych wieczorów.
Na chłód najlepsza jest żwawa jazda, więc po obiedzie energicznie ruszam w dalszą podróż. Kolejnym punktem na trasie jest Dolinka Brzoskwinki. Niezbyt długa, z małą ilością widoków, ale za to bardzo wygodna i przyjemna do jazdy, do pokonania bez problemów większością rowerów. Na obu końcach doliny znajdują się miejsca odpoczynku, a to u północnego wylotu doliny, dodatkowo posiada miejsce na grilla.
Po przejechaniu Doliny Brzoskwinki, docieram do Chrosnej, skręcam w lewo i korzystając z faktu, że droga wiedzie w dół, skwapliwie korzystam z okazji do jazdy bez pedałowania. W Aleksandrowicach odbijam w prawo, omijam Lotnisko Balice wzdłuż zachodniej części ogrodzenia, zatrzymując się jedynie na krótką chwilę by zrobić zdjęcie lądującemu samolotowi.
Dalej droga prowadzi z początku asfaltem, dalej przechodzi w bitą drogę, by ostatecznie znowu zmienić nawierzchnię na bitumiczną. Tak docieram do drogi serwisowej wzdłuż autostrady A4, kierując się nią na południe. Zgodnie z przewidywaniami zapadający od jakiegoś czasu zmierzch przeszedł w całkowitą ciemność i dalszą część trasy przyszło mi pokonać w świetle rowerowej lampki.
Przejeżdżam wiaduktem nad autostradą, po czym zagłębiam się pomiędzy pola uprawne zmierzając w kierunku Zakamycza i Chełmu. Od ronda na Chełmie ul. Podłużną zjeżdżam do ul. Becka, tam odbijam w prawo i wzdłuż rzeki Rudawy kieruję się w stronę Błoń i Salwatora, tym samym domykając rowerową pętlę.
Wycieczka wyszła dokładnie taka, jaka w założeniach. Na wolne popołudnie, dla przewietrzenia głowy, z widokami, w kontakcie z naturą. Był asfalt, był szuter, były bite drogi oraz leśnie ścieżki. Trochę przez las, to znowu widokowymi grzbietami, raz w górę, raz w dół. Bez nudy. Zajęło mi to około 4,5 godziny, wpadło 53 km i w okolicach 500 m przewyższenia.
PODSUMOWANIE
MAPA
🔻🔻🔻WYPRÓBUJ TRASEO🔻🔻🔻
GPX – POBIERZ I ROZPAKUJ
Może Cię również zainteresować:
☕ WSPÓLNA KAWA ☕
Cieszymy się, że przeczytałaś/eś nasz tekst do samego końca. Jeśli Ci się podobało i stwierdzisz, że warto postawić nam kawę, to będzie nam niezmiernie miło:



